Rozwijanie i szlifowanie talentu - czy warto?

Life Coaching-Rozwijanie i szlifowanie talentu

Ten tekst napisałem 12 lat temu... I mniej więcej 15 kg temu. Wpadł mi właśnie w ręce i tak się spodobał, że postanowiłem go opublikować na blogu Empowerment Coaching. To samo życie w praktyce okraszone bardzo mądrymi spostrzeżeniami.


Enjoy! Rysiek.

 

Szykuje się pierwszy turniej tańca, w którym mam wziąć udział. Pierwszy od … dwudziestu kilku lat.


Dawno, dawno temu, w szkole średniej i na studiach zajmowałem się tańcem towarzyskim. Potem się ożeniłem, przyszły na świat dzieci. Trzeba było zająć się sprawami “poważnymi”. Zadbać o swoje miejsce na ziemi, rodzinę, przyszłość. W wieku 43 lat wróciłem do dawnej pasji. Niby przez przypadek, ale sądzę, że w życiu nie ma przypadków. Spotkałem dawno nie widzianą koleżankę ze studiów. Okazało się, że prowadzi klub tańca towrzyskiego i że akurat jest wolne miejsce dla partnera "po trzydziestce". Tak się (ponownie) zaczęło.


Od kilku tygodni bardzo intensywnie trenuję. I zmagam się ze sobą. Żeby wziąć udział w turnieju (w mojej kategorii wiekowej), trzeba zrobić układy do ośmiu tańców. Cztery standardowe (walc angielski, tango, walc wiedeński, quickstep) i cztery latynoamerykańskie (samba, cha-cha, rumba, jive). Trzeba wypracować kondycję, żeby wytrzymać 4 tańce pod rząd w każdym stylu. Nie śmiejcie się. To wcale nie jest takie proste. Przynajmniej dla faceta po czterdziestce 🙂


Każdy taniec to inny klimat. Inny charakter. Inny rodzaj ruchu. Tu noga ma być prosta, a tu ugięta. Ale co tam noga. Trzeba skoordynować ze sobą: stopy, kolana, biodra, przeponę, łopatki, ramiona, łokcie, dłonie, głowę. Liczy się nawet ułożenie palców w dłoni. A do tego trzeba jeszcze wciągać brzuch, ściągać pośladki, trzymać się prosto i prowadzić partnerkę! Nie wspominając o tym, że wypadałoby tańczyć do muzyki 🙂


Zmaganie się ze swoim ciałem jest ciekawym doświadczeniem. Czasami jestem bezradny. Pomimo tego, że wiem, że rozumiem jak należy daną figurę poprawnie zatańczyć – ciało nie chce słuchać. A nawet jeśli posłucha noga, to okazuje się, że biodro wyskoczyło tam, gdzie nie trzeba.


Orka na ugorze. Spróbujcie np. obracać wyprostowanymi ramionami, tak żeby jedno kręciło się do przodu, a drugie do tyłu, a potem płynnie zmienić kierunek obydwu ramion tak, żeby znów kręciły się w przeciwnych kierunkach. Udało się?


Do tego jeszcze wokół trenują młodzi ludzie, którzy tańczą dużo lepiej, niz ja. To z jednej strony deprymuje, z drugiej stanowi cel, do którego się dąży.


Ten mój taniec, to takie życie w pigułce. Nieraz przychodzi mi do głowy pytanie: chłopie, skończyłeś 40 lat. Na co ty się porywasz? Ilu facetów w twoim wieku tańczy? Po co ci to? Nie lepiej byłoby poświęcić ten czas na jakieś “spokojne przyjemności”. Albo np. na robienie pieniędzy?!


Wielokrotnie przeżywam frustrację. Bo nie wychodzi. Bo wydawało się, że w poniedziałek już coś załapałem, a w środę znowu nie działa. Zmaganie się ze swoim ciałem jest niesamowitą przygodą. I choć mówimy tu o ciele, to najważniejszy bój odgrywa się w głowie.


Wciąż z trudem staję na parkiecie w towarzystwie innych, młodszych i lepszych tancerzy. Ich obecność usztywnia. Łapię się wtedy na myśli, że przecież to nie powinno mieć znaczenia, że tam są i co sobie o mnie pomyślą. No właśnie. Niby nie powinno. A jednak. Coraz częściej jednak zaczynam się czuć zupełnie swobodnie. Zanurzam się w tym tańcu i skupiam w 100% na tym, co robię. Obecność innych osób naprawdę przestaje mieć znaczenie. Po prostu robię swoje.


Ponoć we wszystkich sztukach talent, to tylko niewielki procent sukcesu. To, co odróżnia mistrzów od pozostałych, to praca, praca, praca. Wiara i determinacja.


I na tym polega też sekret w tańcu. Nie wolno poddawać się zbyt szybko. I trzeba dawać z siebie wszystko za każdym razem. Bo tylko wtedy można poznać swoje prawdziwe możliwości.


Okazuje się bowiem, że za każdym kolejnym razem to “wszystko” jest większe od poprzedniego. Jeżeli ograniczymy siebie sami, nie dowiemy się na ile naprawdę nas stać. Bój odbywa się w głowie.


Czasami trzeba się zmusić. Wizualizacja i pozytywne myślenie nic nie da. Po prostu trzeba zasuwać.


Powraca również pytanie: po co to robię? Przecież zajmowanie się tańcem towarzyskim przez faceta w tym wieku, wydaje się czymś… dziwnym, bezużytecznym.


Ale to moja ścieżka. Wygląda na to, że dostałem taki dar i moim powołaniem jest skorzystać z niego najlepiej, jak się da. Spełnić się w tym. Wbrew innym lub bez względu na to, co pomyślą inni (choć jak widać nie jestem wolny od wątpliwości “co pomyślą inni”). 


W tańcu odpływam. Zapominam się. Czasami bawię się nim, wbrew obowiązującym regułom (nie tylko więc sama praca, ale mnóstwo radości również). Coraz częściej przenika mnie to uczucie "taniec to ja". Tu czuję, że żyję w pełni. Jak więc mógłbym zrezygnować z przeżywania tych pięknych chwil. Przecież tak naprawdę tylko te wspomnienia i przeżycia zabiorę ze sobą, kiedy przyjdzie przejść na drugą stronę...


 

No właśnie... 12 lat po napisaniu tego tekstu z jeszcze większą mocą przemawia do mnie jego zakończenie. Bo dziś mam już bliżej, niż dalej (na drugą stronę).

Zobacz także:

Jak pasja nadaje życiu sens

Coaching Samotności. Jak czujesz się sam ze sobą?

Rozwój osobisty człowieka - odc. 1

Co ukrywasz w swoich zakamarkach - odc. 1

Coaching Wytrzymałości. Ile potrafisz znieść?

Coaching Uważności. I mewa o imieniu Jonathan

Coaching Poczucia Sprawczości. Jak często musisz, a jak często wybierasz?