• Ryszard Skarbek

Buddyzm i fizyka kwantowa, a wypalenie zawodowe (?!)

Aktualizacja: 3 dni temu



Poczynając od końca dwudziestego wieku następuje coraz większe zbliżenie świata nauki i świata duchowości – obszarów, które do tej pory wydawały się nie do pogodzenia.

W tym poście zajmę się jedną z fundametalnych zasad fizyki kwantowej i jedną z podstawowych zasad buddyzmu. Proszę nie uciekajcie 🙂 Nie będzie ani trudno, ani egzaltowanie. Postaram się to opisać prostymi słowami – tak, jak rozumiem to sam, czyli człowiek bez gruntownego wykształcenia z dziedziny fizyki, ani też bez praktyki w dziedzinie buddyzmu. Sądzę jednak, że końcowe konkluzje mogą być niezwykle inspirujące. A przynajmniej zmuszą do myślenia, a o to przede wszystkim tutaj chodzi.


Zacznijmy od zasady nieoznaczoności Heisenberga. Ten laureat nagrody Nobla z dziedziny fizyki kwantowej udowodnił, że nie można z dowolną dokładnością wyznaczyć jednocześnie położenia i pędu cząstki. Po dokonaniu odkrycia w roku 1927 Heisenberg miał wypowiedzieć następujące słowa:

“Miałem uczucie, że patrzę przez powierzchnię zjawisk atomowych na leżące pod nią podłoże o zadziwiającej wewnętrznej urodzie… “

Prawo odkryte przez Heisenberga oznacza, że w danym momencie cząstka może być w dowolnym miejscu na tym świecie, co więcej, że może być w dwóch miejscach równocześnie! Oznacza to również, że na pewnym najniższym (dotychczas  odkrytym) poziomie struktury energii, ani przestrzeń (czyli odległość), ani czas nie mają najmniejszego znaczenia. Zdarzenia mogą odbywać się równocześnie i wpływać na siebie błyskawicznie (natychmiastowo) bez względu na odległość i czas.


Konsekwencją odkrycia Hesenberga było również jednoznaczne stwierdzenie, że działanie obserwatora danego zdarzenia wpływa na samo zdarzenie. Innmi słowy, w tzw. obiektywnej rzeczywistości istnieje nieograniczona  ilość możliwości, a pojawienie się obserwatora jest powodem zaistnienia jednej z tych możliwości.


Przejdźmy teraz do jednej z podstawowych zasad buddyzmu. Mówi ona o tzw. pustości rzeczy, bądź też o ich potencjale. Oznacza to, że wszystko, co istnieje na tym świecie nie jest w swojej naturze ani “dobre”, ani “złe”.  Wszystko w istocie jest puste i nosi w sobie potencjał wyniku, który może przybrać. To my nadajemy danemu zdarzeniu odcień “dobra” lub “zła”. Jeżeli dane zdarzenia, dana rzecz lub dany człowiek byłyby złe ze swej natury, to każdy bez wyjątku doświadczałby ich w dokładnie taki sam sposób. A tak nie jest nigdy.

Wiem, że to kategoryczne stwierdzenia i że prawdopodobnie w pierwszym odruchu trudno jest wewnętrznie pogodzić się z nimi. Ale przyjrzyjmy się temu bliżej na przykładzie … np. naszego "szefa idioty" 🙂


Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że kiedy szef po raz kolejny zmienia decyzję lub wydziera się na nas – po pierwsze po raz kolejny potwierdza, że jest skonczonym idiotą 😉, a po drugie (i dla tego przykładu najważniesze), w naszych oczach niewątpliwe to w jego zachowaniu, to  w nim tkwi całe zło sytuacji. Czy aby na pewno? 


W oczach jego przełożonego to samo zdarzenie może być odebrane jak najbardziej pozytywnie. Jako troszczenie się o dobry wynik firmy. Wiem, ktoś powie od razu, że to przecież panowie z tej samej (złej) bajki. Ale jeszcze raz proszę, żeby nie dać się zwieśc pokusie pójścia od razu za swoimi przekonaniami, ale z otwartym (pustym) umysłem popatrzeć na ten prowokacyjny przykład, którego celem jest pokazanie, że różne osoby odbiorą to samo zdarzenie w różny sposób. O to przede wszystkim tu chodzi.


Żeby może jeszcze inaczej uwypuklić ten przykład pomyślmy o żonie szefa, która jego działania będzie odbierała jako dążenie do zasłużenia na kolejną wysoką premię, a więc działania mające na celu zapewnienie rodzinie finansowego komfortu. Co więcej, ktoś kto nas nie lubi, sytuację w której szef zżyma się na nas, odbierze również, jako zdarzenie pozytywne! 😲 Pomyślmy proszę nad tym. Dlaczego nasza “prawda” miałaby być słuszniejsza od “prawdy” kogoś, kto nas nie lubi. I vice versa.

Tak na marginesie jedna ciekawostka: jeżeli wejdziemy do pokoju w którym siedzi 10 osób, to z reguły 3 spośród nich będziemy darzyć sympatią, 3 inne będziemy odbierać negatywnie, 4 będą dla nas neutralne. Ta zasada działa ponoć nawet wtedy, kiedy w kolejnym pokoju zebralibyśmy 10 osób wybranych spośród wszystkich tych, które “w poprzednich” pokojach darzyliśmy sympatią. Prawda czy fałsz? Nie wiem. Spróbuję potwierdzić to w swoim doświadczeniu.

Wracając do naszego przykładu – mam nadzieję, że udało mi się pokazać, że jedno i to samo zdarzenie powoduje zupełnie inny odbiór u różnych osób. I m.in. właśnie dlatego warto robić minutki po ważnych spotkaniach w pracy. Ich uczestnicy bardzo często zupełnie inaczej pamiętają ustalenia, które na nich zapadły.


Mam równiez nadzieję, że widać związek z fizyczną zasadą nieoznaczoności Heisenberga. To obserwator stwarza swoją rzeczywistość. To nasze wyobrażenia i intencje decydują o tym, jak postrzegamy świat.


Zanim więc po wakacyjnej przerwie wrócimy z powrotem do pracy, zanim zaczniemy w niedzielne popołudnie myśleć, że “już jutro poniedziałek”, zanim podejmiemy decyzję o zmianie pracy, zanim zaczniemy obwiniać krwiożercze korporacje za nasze wypalenie zawodowe – najpierw zastanówmy się z jakim nastawieniem idziemy do pracy, jakie przekonania nam towarzyszą, co dajemy sobie szansę zobaczyć, a co zupełnie eliminujemy ze swojego pola widzenia. Energia podążą za naszą uwagą.



Zobacz także:

Co wspólnego z rozwojem osobistym ma teoria Einsteina?


#holistica #praca #rozwojosobisty #fizykakwantowa #Heisenberg #buddyzm #coaching #coachingonline

26 wyświetlenia